Poprzednia kartka

Spisano w czasie długich, grudniowych wieczorów 2008. roku

- Panie Zbyszku... - kończy się właśnie, kolejny już rok z rzędu, upalny maj. Sobotnie prace porządkowe w domu są z grubsza zakończone i trzeba się wziąć ostro za walkę z szalejącą w ogrodzie nieokiełznaną przyrodą.
- Dzień dobry - witam się z sąsiadką. Ona już walczy od rana i jako tako to wygląda. Strach pomyśleć, co nas czeka. Co tu myśleć, wiadomo, co czeka. Koszenie trawy raz w tygodniu to za mało. Godzina pójdzie jak nic, a doliczając przerwy na uzupełnienie płynów, to wyjdzie spokojnie dwie. Ale trawa to pikuś. Najgorzej jest z resztą - też rośnie jak szalona, tylko nie to, co posiane. Z tym musze poczekać, bo ja się znam tylko na kopaniu, koszeniu i podlewaniu, a w ogrodzie rządzi Mariola. Wyrwę jeszcze jakiegoś kwiatka i będą duże problemy.
- Panie Zbyszku, proszę tu podejść... - jak zwykle pogadamy trochę o pogodzie, co gdzie posadzić, może jakieś plotki usłyszę, może kosiarka nawaliła. Takie codzienne, sąsiedzkie pogaduszki. Zbaczam ze ścieżki i podchodzę do Pani Jadzi.
- Proszę zobaczyć, tam na Świerku... - rozmowa będzie chyba dłuższa. Zwracam uwagę, że jest to Świerk, a nie świerk. Wszyscy w domu wiedzą o co chodzi, gdy powie się Świerk. To jest Nasz Świerk i rośnie sobie na środku działki z dziesięć kroków od rogu domu. Pod nim stoi drewniany garaż, a kilka kroków dalej znajduje się altanka, w której uzupełnia się niedobory płynów fizjologicznych substancjami bogatymi w sole mineralne i innymi nieodzownymi do życia składnikami. Altanka jest również idealnym miejscem do schronienia przed morderczym słońcem. W sumie to jest niezły pomysł. Koszenie rozpocznę od uzupełnienia płynów w zaciszu altanki - idę do piwnicy. Ale chyba za bardzo wybiegłem w przyszłość, bo to dopiero będzie, i musimy się cofnąć do rozpoczętej właśnie rozmowy.
- Proszę zobaczyć, tam na Świerku... - ze Świerkiem mamy duże problemy. Jest wysoki, ładny - przepraszam - był ładny. Usycha niestety. Coraz więcej i coraz wyżej pojawiają się kolejne suche gałęzie. Już za wysoko, aby je obcinać. Kiedyś można było się pod nim schować. Na dodatek w poprzednim roku pojawiło się pęknięcie wzdłuż pnia na kilka metrów w górę. Jakby lawa z niego wypływała. Robactwa do tego zlatywały się całe chmary. A najbardziej szerszeniom to smakowało.
- Proszę zobaczyć, tam na Świerku... - tak, tak, znowu coś ze Świerkiem się stało. Nasz to tak źle nie wygląda. Za płotem jest jeszcze gorzej. Wszystko zaczęło się od powodzi. Morela padła - co to były za morele, a jaki cień piękny dawała. Teraz to się wspomina, ale jak codziennie było wiaderko owoców, to nikt nie mógł na nie patrzeć - po czterech miało się już dosyć. Teraz Świerk też nam się powoli rozsypuje. Pani Jadzia prowadzi mnie w głąb ogrodu i mówi:
- Proszę zobaczyć, tam na Świerku siedzi Sowa.
zobaczyć tam na świerku siedzi sowa tam na świerku siedzi sowa
na świerku siedzi sowa siedzi sowa sowa sowa sowa

Co tam siedzi na Świerku? Na Świerku siedzi Sowa. Przecież widzę, że siedzi Sowa. Co Ona tam robi na Świerku? Siedzi na Świerku! Przecież widzę, że siedzi a nie leży. Co siedzi? Siedzi SOWAAAAAAAAAAA!!!!!!

Powoli do mnie dociera, że na Świerku siedzi Sowa. W końcu gdzie sowa ma siedzieć jak nie na świerku? Co w tym dziwnego? Po prostu "Sowa siedzi na świerku", tak jak "Ala ma kota". Zaraz, zaraz, coś tu nie gra. O nie, nie dam się nabrać, nie ze mną te numery. Powinno być: "Sowa siedzi na sośnie". Może jeszcze na sośnie Pani Kucharowej? A pewnie, że tak. To w takim razie, co siedzi na Świerku? Na Świerku? To wygląda na sowę. Poważnie? Tak, to takie coś, co lata w nocy, robi uhu i łapie myszy. Wspaniale, nic tylko pogratulować nadzwyczajnej bystrości.
     W końcu przyjąłem do wiadomości, że na Świerku siedzi Sowa. Umysł zaczął pracować na podwyższonych obrotach. A Ona nie chora czasem? Dlaczego Ona w taki upał siedzi nieosłonięta w pełnym słońcu? Podobno sowy nie lubią światła - to nocne ptaki. Ponieważ siedzi wysoko i trochę kiepsko widać z tego miejsca, więc obchodzę szerokim łukiem drzewo i ostatecznie ląduję w rogu ogrodu, skąd najlepiej widać. Oooooooo, chyba jest i druga!!!! Trochę schowana i wystaje tylko głowa. A to mamy niespodziankę. Sowy wróciły. Nasze Sowy wróciły. Poznaję po uszach. Znając ich zwyczaje wiem, że posiedzą tu do wieczora, wiec spokojnie - no dobra, biegiem - udaję się do domu po lornetkę, ogłaszając przy okazji alarm pierwszego stopnia oznaczający, że wszyscy, natychmiast i bezwarunkowo mają się stawić w ogrodzie. Zaczynamy się przyglądać im, a one nam. Ale coś tu nie pasuje. Ta druga, mniej widoczna, dziwna taka jakaś. Co prawda głowa duża, ale szara, niewyraźna. O, a gdzie uszy? Co jest grane? I olśnienie.
To przecież jest  m  ł  o  d  a   s  o  w  a. One mają tu gniazdo! Teraz sobie przypominam, że w tym miejscu jest stare gniazdo wron. Jak te wrony wrzeszczały rano. Nie sposób było się ich pozbyć. Do stu tysięcy piorunów! Sowy cały czas tu były. Wcale nie zniknęły. Prawie dwa miesiące siedziały na Świerku i patrzyły na nas z góry. Widziały wszystko, co działo się w ogrodzie: kopanie, koszenie, sadzenie, przesadzanie, ścinanie, wyrywanie, grilowanie, popijanie. Wszystko widziały. Do stu tysięcy piorunów! A myśmy nic nie widzieli. O zgrozo. Co za ślepota.

Tak to się zaczęło. Po raz drugi. Można powiedzieć:

Wiosenna historyjka z uszami - reaktywacja
     Uczciwie trzeba przyznać, że zdarzenie to znacznie zaburzyło na kilka najbliższych tygodni rozkład naszego dnia i wpłynęło niekorzystnie na stan ogrodu. Wszyscy zgodnie porzucili domowe zajęcia i przerzucili się na oglądanie wyłącznie jednego kanału: "Picea Planet Live". Było to prawdziwą przyczyną gwałtownego - i niewyjaśnionego do tej pory - spadku oglądalności programów telewizyjnych w czerwcu 2008. roku. W ogrodzie na stałe zagościł statyw z przymocowaną do niego sznurkiem lornetką.
     Tymczasem w gnieździe coś zaczęło się dziać. Młoda sowa wykonywała jakieś dziwne ruchy i przyjmowała dziwne kształty. Okazało się, że ma dwie głowy. Następnego dnia doszedł jeszcze jeden istotny element, który od piiiii tej pory piiiii stał się trwałym piiiii elementem akustycznym piiiii ogrodu. Było to charakterystycznie "Piiiii", wzmagające piiiii się wieczorem, kołyszące do snu piiiii, regularne jak zegar ścienny piiiii przez całą piiiii noc i piiiii budzące rano piiiii, kilkanaście metrów piiiii od otwartych okien piiiii. Można się piiiii do tego piiii przyzwyczaić piii, i w pewnym momencie pii przestaje się pi to słyszeć. Co za ulga, jaka cisza. I zdania od razu lepiej się układają. Najdziwniejsze w tym było to, że żadna z tych głów tego dźwięku nie wydawała - oczywiście wszyscy domyślili się, że dwie głowy = dwie sowy, a nie jakiś mutant. A jaki będzie wynik wyrażenia: dwie milczące głowy + Piiiii? Tak, brawoooo, trzy sowy, trzy młode sowy. Piszczek był wyraźnie mniejszy od rodzeństwa i prawdopodobnie na nadmiar pokarmu nie narzekał. Stara sowa, najwyraźniej matka, cały dzień siedziała w pobliżu gniazda. Po ojcu nie było śladu. Nad Świerkiem co jakiś czas przelatywały wrony, po ogrodzie kręcili się moi ulubieńcy - koty z okolic bliższych i dalszych, a coraz większe sowy przestawały powoli mieścić się w gnieździe. Dwie starsze zaczęły uprawiać akrobatykę nad skrajem przepaści. Zaniepokoiło mnie to mocno. Czy aby coś im nie grozi? Zacząłem intensywnie wertować książki i sieć w poszukiwaniu informacji. I przyszło olśnienie - przecież mam kogoś takiego w zasięgu klawiatury. Szybko smażę list z nurtującymi mnie obawami i wrzucam go w otchłanie cyfrowego świata. Po pewnym czasie dostaję krótką, treściwą odpowiedź, po której spada mi kamień z serca. Odpowiedź jest krótka, bo ze środka puszczy, a przecież nie na każdym drzewie jest Internet:
     > Hej zbyszk, nib im nie grozi, odezwe sie po weekendzie bo jestem w
     > pu7zczy i klikam z komorki.. Pozdr. WK

Trochę później, już z normalnego, odrutowanego świata, dostaję bardziej wyczerpującą odpowiedź od Waldka. Ponieważ jest prawdopodobne, że nie tylko ja mam sosnę lub świerk w pobliżu domu, pozwolę sobie zacytować istotne informacje - może się komuś kiedyś przydadzą:
     > ... Tak czy owak - wszystko o czym piszesz, wskazuje że nie masz się czym martwić, sowy
     > zachowują się prawidłowo, młode zawsze opuszczają gniazdo zanim nauczą się latać,
     > a popiskiwanie malucha też typowe - im młodszy tym częściej piszczy, z wiekiem im to
     > "przechodzi". Jedyne co możesz zrobić, to mieć oko na maluchy, czy któryś nie wylądował
     > w zasięgu psich czy kocich pazurów (lub ludzkich), wtedy go podsadź gdzieś wyżej i tyle...

Tak przy okazji, gdyby była potrzebna komuś informacja w podobnej sprawie, albo jakie nieszczęście drapieżnemu ptakowi by się wydarzyło, to zapytajcie Władka Goooglewicza o Aviangardę - tam Wam pomogą, a i Wy też będziecie mogli pomóc.
Ucieszyłem się bardzo z tych informacji, ale zarazem mocno się zmartwiłem. Przyznacie sami, że taki tekst kończący odpowiedź:
     > ...Za 2-3 tygodnie, młode znikną, rozlecą się po terenie i zaczną żyć na własną łapkę.

każdego by zdołował. W końcu stwierdziłem, że gościu się nie wie co pisze i przestałem się przejmować. Kto to widział, by w ciągu trzech tygodni nauczyć się latać, nie wspominając, że miałby tego dokonać zabiedzony Piszczek.

     Zaczynamy kolejne życie z sowami. Wkrótce odkryta zostaje przyczyna, słyszanego już wcześniej, dziwnego szczekania. Stara, czujna sowa, gdy tylko zwęszyła w okolicy kota zaczynała wydawać charakterystyczne dźwięki przypominające szczekanie psa. Nie odpuszczała mu, przelatywała z drzewa na drzewo i szczekała, szczekała, szczekała, aż sobie niepyszny poszedł.
Tu mi się serce roześmiało i rozradowało, bo znalazłem przyjaciela. Nie, żebym miał coś przeciwko kotom, nie. Ale niech każdy zna swoje miejsce i siedzi przy swojej misce. I swoje sprawy też niech u siebie załatwia, a nie na naszych grządkach. Muszę przyznać, że bardzo dobrze nam się współpracowało. Sowa zaszczekała najwyżej kilka razy, a ja po chwili kuśtykałem na jednej nodze po ogrodzie szukając buta. Najgorzej było po zmroku, gdy dziwnym trafem but gubiłem na balkonie a znajdowałem go dopiero rano w krzakach pod płotem.

     Odnalazła się również zguba - ojciec rodziny. Ma jednak dużo wspólnego z mężczyznami - trzymał się z daleka od pieluch i rozbrykanej dzieciarni. Przesiadywał w bezpiecznej odległości po okolicznych drzewach - w cieniu, chłodzie i ciszy. Nauczyłem się go odnajdywać, ukrytego wśród gałęzi, na zawołanie. To jest niesamowite - patrzeć i widzieć. Ile razy gdzieś na szlaku obcy ludzie przystawali zdumieni i zadawali pytanie: "Co Pan tam tak fotografuje? Przecież tam nic nie ma!" Gdy pozwoli się wtedy spojrzeć przez wizjer zdumienie jest jeszcze większe: "Jak Pan to wypatrzył?" Patrzeć i widzieć.

     Po okresie względnego spokoju sytuacja na Świerku radykalnie się zmieniła i akcja nabrała tempa. W gnieździe został tylko Piszczek, a starsze rodzeństwo rozpoczęło wędrówki po Świerku. To, co działo się do tej pory było, przewlekłym i nudnym widowiskiem. Świerk zamienił się w arenę cyrku objazdowego. Prześmieszne tańce i kiwanie na wszystkie strony głowami, góra-dół, prawo-lewo, karkołomne wspinaczki wspomagane dziobem i skrzydłami, mrożące krew w żyłach przeskoki z gałęzi na gałąź - a matka, ze stoickim spokojem, na to wszystko się patrzyła. I nic nikomu się nie stało. Nie pisałem do tej pory o fotografowaniu, bo nie było go za dużo. Sowy siedziały zdecydowanie wyżej niż poprzednio, a z okien nie było ich widać. Poza tym, jak dobrze wszyscy wiedzą, zdjęcia zawsze można zrobić jutro. Z drugiej strony, wyczyny sów nie bardzo było jak pokazać na statycznej fotografii - to można próbować opowiedzieć.
- Albo nakręcić - zaświtał mi w głowie szatański pomysł! Po kilku dniach w ogrodzie wylądował drugi statyw z pożyczoną kamerą, i co najważniejsze, kamera całkiem nieźle radziła sobie w ciemności. To był strzał w dziesiątkę. Co do strzałów, to z odgłosów dochodzących z okolicznych okien domyśliłem się, że jakaś poważna impreza sportowa się zaczęła - chyba mistrzostwa Europy w piłkę. Podobno nasi tam grali z Australią albo z Mozambikiem. Obejrzałem nawet jeden cały mecz, ale nie z własnej woli - wyjechałem służbowo na konferencję, na której wieczornym punktem programu było grupowe kibicowanie. Tam się dowiedziałem, że to nie mogła być Australia, bo w Europie ona raczej nie leży. Dzień przed wyjazdem wydawało mi się, że odbyła się lekcja latania, gdyż w nocy było spore zamieszanie, i konferencja w takiej ciekawej sytuacji nie bardzo mi się uśmiechała. Niestety, nic nie mogłem na to poradzić. No i stało się. W czasie meczu dostaję wiadomość od Agaty:
     "Chciałam powiedzieć, że jeśli chcesz sobie znaleźć jeszcze jeden powód do picia piwa, oprócz      tego że jest jak na razie 1:0, to ja Ci dostarczę: wczoraj faktycznie musiała być lekcja latania      - na świerku został tylko piszczek, a druga młoda drze się skąd inąd, trzecia nie daje znaku      życia, jak na starsze rodzeństwo przystało, matka lata pomiędzy, pilnuje i krzyczy."

Normalnie się zagotowałem. Ja tu siedzę i jakiś durny mecz z Austrią oglądam, a tam loty wokół Świerka. Nie mogłem doczekać się powrotu do domu. Gdy wróciłem, wszystkie wieczory do późnej nocy były zajęte. Najbardziej zaskoczył nas najmłodszy Piszczek. Niedługo za rodzeństwem opuścił gniazdo, zaczynając wędrówki po świerku, aż pewnego dnia zniknął i zaczął odzywać się z zupełne innego miejsca. Cośmy się go nawypatrywali - piszczy, a nie widać. Siedział na orzechu w rogu ogrodu. Porośnięte toto jeszcze puchem a już zaczęło latać. W końcu przeniósł się na stojącą obok małą sosenkę, na której zadomowił się na dłuższy czas. Między maluchami co jakiś czas kursowała matka, czujnie wypatrując w ogrodzie zdobyczy albo kotów. Starsze rodzeństwo Piszczka trzymało się razem i nie zadawało się z wiecznie wrzeszczącym malcem. Im robiło się ciemniej, tym więcej się działo. Od pewnego momentu kamera służyła jako noktowizor. Wrażenia niesamowite, szczególnie, gdy ujrzało się zdobycz w dziobie i zielone, upiorne oczy. Kamera stała między drzewami i czekała na akcje. Trzeba było wycelować, włączyć i liczyć na łut szczęścia, że akurat tam coś się wydarzy. W pewnym momencie zauważyłem, że stara sowa zerwała się ze Świerka i leci prosto na mnie. O co jej chodzi? Atakuje? Pochylić się? Przykucnąć za statywem? Zamarłem, nie wiedząc co robić. Bezszelestnie przeleciała mi pół metra nad głową. Teraz już wiem, że gdybym był myszą, to nawet bym się nie dowiedział, że już nie żyję. Sowy coraz śmielej sobie poczynały i odlatywały coraz dalej. Niestety, wyglądało na to, że prognoza Waldka jednak się spełni. Owszem, wracały, ale wiedzieliśmy, że długo to nie potrwa. Jeszcze przez kilka dni było słychać popiskiwania, dalsze, coraz dalsze, aż przyszła pierwsza, cicha noc. Nie dało się spać w tej przeraźliwie głośnej ciszy. Tak skończyła się wiosenna historyjka z uszami.
Czy mogę w tym miejscu napisać: "cdn." ?
Mamy taką nadzieję. Sowy nie miały tu źle. Sosna, Świerk i gniazdo czekają.
Hej, Piszczku! Nie zapomnij, gdzie jest Twój rodzinny dom.
Już niedługo znowu będzie pierwszy dzień wiosny...
zbyszek     
Drogi Zbyszku...     

P.S. Nie będę tym razem nikogo namawiać aby nie oglądał obrazków, bo i tak nie ma to sensu. Przygotowując dalszą część stwierdziłem, właściwie bez zdziwienia, że także tym razem nie skorzystam z moich - niewątpliwie rewelacyjnych - zdjęć z powodów czysto technicznych. Czekam,
aż pojawią się pluginy (wtyczki) do programów graficznych konwertujące na postać cyfrową zdjęcia zrobione jutro. Wspomogłem się zdjęciami wykonanymi przez rodzinkę oraz gościa, który przyjechał aż z Przemyśla, i był naocznym świadkiem niezwykłych wydarzeń na Świerku i w altance. Mam nadzieję, że jutro jutro nastąpi i może w końcu sam zrobię jakieś prawdziwe zdjęcia. Oczywiście, tylko wtedy, gdy będą odpowiednie warunki - nie wiem, czy wiecie, ale trzeba umieć nie robić zdjęć. Brakuje mi też wielu filmowych ujęć. Dużo jest do poprawki. Muszę pomyśleć o jakimś lepszym sprzęcie, bo do tego, który miałem, mam sporo zastrzeżeń. Po wstępnej selekcji z ponad dwóch godzin materiału została godzina i powinno dać się zmontować jakieś 20 minut wspomnień.

Zapraszam na kartki z dokumentacją fotograficzną